Pressroom

2002-11-04
Bez harówki nie ma kapitału
Polska gospodarka jest pogrążona w recesji. Banki stały się bardzo ostrożne i żądają mocnych zabezpieczeń przy udzielaniu kredytów. W większości przedsiębiorcy nie są przystosowani do działania w trudnych czasach i często postanawiają je po prostu przeczekać. Nie wszystkim się udaje, ich firmy upadają. Kapitału na rynku jest wystarczająco dużo, ale nikt nie chce się angażować w realizację niepewnych i niedopracowanych projektów. Do tych, a także wielu innych wniosków doszli uczestnicy redakcyjnej dyskusji, która odbyła się w siedzibie Business Centre Club.
Artur Cąkała: Instytucje finansowe są obecnie w stanie sfinansować niejedno przedsięwzięcie. Problem w tym, by firmy potrafiły udowodnić, że w odpowiedni sposób wykorzystają ten kapitał.
Piotr Bardadin: Jest zasadnicza różnica między funduszami typu venture capital czy private equity, a bankami. Te ostatnie wolą bezpiecznie inwestować w obligacje rządowe, zamiast podejmować ryzyko.
Szczególnie w czasie recesji, gdy jest wiele straconych kredytów. Banki postępują racjonalnie. W Polsce brakuje wsparcia dla biznesu, a szczególnie dla sektora małych i średnich firm. Ale to nie banki są temu winne.
Bohdan Wyżnikiewicz: Gospodarkę rynkową mamy w Polsce dopiero od dwunastu lat. Przez pierwsze dziesięć było dobrze, do roku 1998 produkcja przemysłowa rosła liniowo niemal we wszystkich dziedzinach. Niestety, nadeszły gorsze czasy, do których przedsiębiorcy nie są przygotowani. Pierwsze niepokojące symptomy pojawiły się wraz z kryzysem rosyjskim. I od tamtego czasu nie udało się wyjść na prostą. Dziś banki niechętnie podejmują ryzyko.
Z drugiej strony nie wszystkie firmy starają się pozyskać kapitał. Większość z nich nie korzysta z kapitału zewnętrznego, tylko posiłkuje kapitałem własnym. Trudno wtedy myśleć o rozwoju. Mamy raczej wegetację i chęć przeczekania trudnych czasów. Kultura korzystania z kapitałów zewnętrznych jest u nas bardzo niska. Najbardziej prężne są firmy bazujące na nowoczesnych technologiach. Natomiast sytuacja państwowych molochów jest zupełnie inna niż firm małych i średnich. Ich potrzeby kapitałowe również. Planowane oddłużenie wielkich państwowych przedsiębiorstw przyczyni się do pogłębienia nierówności szans.
Małgorzata Kotańska: Po dziesięciu niezłych latach przyszły dla gospodarki gorsze czasy. Banki się sparzyły, bo wielu kredytów nie udało się odzyskać. Wzrosły rezerwy i banki niechętnie biorą na siebie ryzyko. Zaostrzona też została procedura kredytowa, co jest odczytywane jako większa biurokracja, co dodatkowo zniechęca przedsiębiorców.
Włodzimierz Grudziński: Przedsiębiorców i bankowców zepsuły trochę lepsze czasy. Wielu klientów nadal nie traktuje banku jako partnera, tylko jak sklep z pieniędzmi. I przychodzą po pieniądze tak, jak po zakup pralki czy lodówki. Natomiast bank to bardziej wspólnik niż sprzedawca. Dlatego, że ryzykuje pieniądze klientów. Problemem jest to, że gdy zaczynają się kłopoty, to przedsiębiorcy nie kwapią się, aby poinformować o nich bank. Najczęściej zła sytuacja firmy wychodzi na jaw, gdy przestają spływać pieniądze. To powoduje usztywnienie się banków.
Małgorzata Kotańska: Przedsiębiorcy często uważają, że lepiej zataić przed bankiem swe problemy. Przed laty banki obsługując sektor małych i średnich firm, ograniczały się do udzielenia kredytu. I na tym kończyły się kontakty banku z klientem. Natomiast bankowość zorientowana na obsługę dużych, strategicznych przedsiębiorstw została już pewien czas temu zmodyfikowana. Wprowadzono opiekunów klienta. Natomiast w stosunku do sektora małych i średnich firm tego typu działania pojawiły się stosunkowo niedawno. Ważne jest zbudowanie zaufania między bankiem i klientem. Przedsiębiorca idąc do banku musi wiedzieć, że będzie miał z kim porozmawiać na temat problemów, z jakimi boryka się jego firma.
Artur Cąkała: Jako inwestor kapitałowy często jesteśmy partnerem banku. Jeżeli jest on odpowiednio wcześnie poinformowany o trudnej sytuacji spółki, która może doprowadzić do zaprzestania obsługi kredytu, to zazwyczaj udaje się wypracować wspólnie jakieś rozwiązanie. Do tego potrzebna jest szybka reakcja zarządu firmy na pojawiające się problemy. Jeżeli przedsiębiorca zwleka z powiadomieniem banku, to stawia się w wysoce niekorzystnej sytuacji. Często taki kredyt trafia do departamentów bankowych zajmujących się restrukturyzacją. Z własnego doświadczenia wiem, że zasiadają tam głównie urzędnicy, z którymi ciężko dyskutować o biznesie. Najczęściej rozmowa dotyczy jedynie możliwości egzekucji zabezpieczeń. Obecnie mamy recesję i banki są bardziej ostrożne. Zresztą my też. Nie zrealizowaliśmy żadnego projektu od czternastu miesięcy mając na inwestycje 150 mln dolarów. Jesteśmy ostrożniejsi, przedsiębiorstwa są w dużo trudniejszej sytuacji niż przed kilkoma laty.
Piotr Bardadin: Moim zdaniem partnerstwo ze strony banków to fikcja. Banki nigdy nie będą w stanie poświęcić odpowiednio dużo czasu pojedynczym przedsiębiorstwom. Inaczej jest w przypadku funduszy venture capital czy private equity, które mają w swym portfelu kilkanaście spółek. Można je zatem monitorować na bieżąco. Natomiast niezależnie od tego, czy chodzi o bank, czy o fundusz - przedsiębiorcy i tak będą chcieli ukrywać pewne rzeczy. I jeżeli nie zajrzy się pod ten dywan, to może się okazać, że jest już za późno na wyciągnięcie firmy z tarapatów.
Artur Cąkała: Bank nie jest w stanie monitorować przedsiębiorstw w tym stopniu, co my. Często zdarza się, że zarządy spółek nie informują instytucji finansowych o pewnych problemach. Jeżeli nie ma odpowiednich mechanizmów kontrolnych, może prowadzić do sytuacji, w których reakcja jest spóźniona.
Ilona Wołyniec: Od zarządzania firmą jest jej management. Zdarza się, że firmy ukrywają pewne sprawy, stosują tzw. kreatywną księgowość. Ale ustawa o rachunkowości obowiązująca od tego roku w znaczący sposób ograniczy możliwość firm w przenoszeniu złych wyników na podmioty zależne. Często bowiem tworzono w ostatnim czasie spółki, które stawały się centrami kosztów.
Artur Cąkała: Banki w Polsce nie unikną błędów, które popełniano w Korei czy Japonii. Dalej finansowane są czebole, w przypadku których nie wiadomo, gdzie ukryty jest zysk.
Włodzimierz Grudziński: To oczywiste, że bank nie jest w stanie bezpośrednio monitorować tego, co dzieje się w firmach. U nas opiekun klienta ma pod sobą ok. 60, 70 firm. U naszych francuskich partnerów liczba ta wynosi ok. 100, 120. Tylko że oni obsługują podmioty, z którymi współpracują 30 czy 40 lat. I gdy patrzą na nasze procedury monitoringu, to się łapią za głowę, jak dokładnie my to robimy.
Rozpatrując relacje na linii bank-przedsiębiorstwo należy pamiętać, że po obu stronach pracują ludzie. I jeśli nie mają do siebie zaufania, to chowają się za przepisy, za procedury. Obecnie stosunkowo mało mamy partnerstwa w biznesie, dużo jest natomiast bezpardonowej walki i prób dorobienia się cudzym kosztem. To się później przenosi na stosunki między przedsiębiorstwami i bankami. Natomiast jeżeli bank będzie zbyt restrykcyjnie traktował swych klientów, to ich straci.
Richard Mbewe: Banki zaostrzyły warunki uzyskania kredytów. Wpływ na to ma recesja w polskiej gospodarce. Przedsiębiorcy nie wiedzą, jak postępować w czasie recesji. Często nie informują banku o swych kłopotach, bowiem w świadomości Polaków bank to państwowa instytucja, z którą są same kłopoty. Ale to przecież pracownik banku opiekujący się klientem powinien sprawdzić, w jakiej sytuacji się ten klient znajduje. Oczywiście nie sposób uciec od zagrożeń, choćby tych, jakie niesie za sobą kreatywna księgowość. Natomiast przedsiębiorca - zdający sobie sprawę z tego, że jest monitorowany przez bank - mniej chętnie dopuści się nadużyć. Sądzę, że ostatecznie wina leży po stronie banków, które są rozeznane w sytuacji gospodarczej na świecie i mogą odpowiednio wcześnie zareagować. Na przykład zorganizować spotkanie z klientami i udzielić im wskazówek, jak powinni postępować w czasie recesji. Jednak polskie banki tego nie robią.
Piotr Bardadin: Bo banki nie są od tego, żeby pomagać, tylko żeby zarabiać.
Włodzimierz Grudziński: Nie unikałbym tu słowa pomoc. Pracownik banku powinien udzielić porady i - jeżeli zachodzi taka potrzeba - ostrzec klienta. Natomiast chcę zwrócić uwagę na fakt, że narzucane bankom nowe regulacje i przepisy nie ułatwiają życia. Wdrażane są u nas nowe reguły adekwatności kapitałowej. Z kolei banki francuskie czy niemieckie być może wprowadzą je w roku 2004, a być może wcale. Nowe przepisy dodatkowo utrudnią małym firmom dostęp do kredytów. Wchodzą ratingi, a przecież małe przedsiębiorstwo nie pozwoli sobie na żaden rating. Wprowadzenie tych wszystkich nowych reguł zwiększa koszty i biurokrację, przez co banki stają się mniej przyjazne.
Małgorzata Kotańska: Pozytywne jest to, że najmniej złych kredytów w naszym banku pochodzi z portfela firm małych i średnich. Świadczy to o tym, że najlepiej potrafią się one przystosować do trudnych warunków. Banki siłą rzeczy będą się koncentrować na sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. Jeżeli bowiem chodzi o firmy duże - tort już dawno jest podzielony.
Włodzimierz Grudziński: Nie byłbym aż takim optymistą. Małe firmy nie mogą sprostać ostrym kryteriom, choćby w zakresie zabezpieczeń. Kiedy to się zmieni? Gdy poprawi się koniunktura na rynku.
Bohdan Wyżnikiewicz: Nie jest tak, że w okresie prosperity wszystkim się znakomicie powodzi, a w czasie recesji wszyscy mają źle. W sektorze usług wiele firm radzi sobie zupełnie nieźle. Czy nie jest więc tak, że w sytuacji spowolnienia gospodarczego banki wylewają dziecko z kąpielą wprowadzając obostrzone procedury? Przecież przez to nie dostrzegają tych, którzy nieźle sobie radzą.
Ilona Wołyniec: Problemem jest to, że zawęża się krąg odbiorców usług. Staramy się wyszukiwać dobrze prosperujące firmy i pożyczać im pieniądze. Jednak w ostatnim czasie kolejne dziedziny gospodarki trafiły na listę branż ryzykownych.
Piotr Bardadin: No właśnie, jeżeli u nas pojawia się na przykład projekt z branży stalowej, to go automatycznie nie odrzucamy. A banki zachowują się szablonowo. I trudno tu mówić o indywidualnym podejściu do klienta z ich strony.
Adam Guz: Niestety potwierdza się teza, że zaostrzone zostały procedury. Zarówno w bankach, jak i w funduszach inwestycyjnych. W ubiegłym roku fundusze działające na polskim rynku zrealizowały bodajże dziesięć projektów. Nasuwa się więc pytanie: czy te projekty były aż tak słabe, czy też fundusze stały się bardziej ostrożne? Przed laty łatwo było uzyskać kredyt, banki nie żądały mocnych zabezpieczeń. Dziś jest zupełnie inaczej. W czasie recesji szczególnie ważna jest pomoc banków polegająca na informowaniu przedsiębiorców. Niezmiernie ważna jest edukacja, wskazywanie przedsiębiorcom potencjalnych zagrożeń. Największym problemem jest brak komunikacji między przedsiębiorstwami i instytucjami finansowymi. W ostatnim czasie zabrakło ze strony banków ostrzeżenia: nie inwestujcie w nową linię produkcyjną czy nową halę, tylko redukujcie koszty i wstrzymajcie inwestycje na pewien czas. Niektórzy przedsiębiorcy zdali sobie sprawę z tego, że czekanie na lepsze czasy to żadna metoda. Podjęli więc konkretne działania. Niestety, nie spotkali się z przychylnością ze strony banków, które żądają mocnych zabezpieczeń, mnożą procedury. W wielu firmach oczekują, że postępowanie banków ulegnie zmianie.
Małgorzata Kotańska: Stanie się to dopiero wtedy, kiedy sytuacja na rynku ulegnie znacznej poprawie. Pojedyncze pozytywne sygnały to zbyt mało. Łatwiej wprowadzić procedury niż je wycofać. Do ich wycofania dojdzie wtedy, gdy będą za tym przemawiały silne argumenty: fakty, cyfry.
Artur Cąkała: Weryfikacja wyceny przedsiębiorstw następuje w Polsce bardzo powoli. To główny powód, dla którego realizujemy niewiele projektów. Finansujemy projekty od pięciu milionów dolarów wzwyż. Bardzo aktywnie uczestniczymy w realizacji naszych inwestycji, dlatego nie bierzemy na siebie większej liczby projektów. W Polsce nie ma instytucji finansowych, które skłonne byłyby finansować małe projekty rzędu dwustu tysięcy dolarów.
Włodzimierz Grudziński: Wbrew pozorom znacznie łatwiej negocjować projekt na pięć milionów dolarów z profesjonalistami zarządzającymi dużą firmą, niż negocjować niewielki projekt z przedsiębiorcami, którzy potrzebują dodatkowych pieniędzy na jego realizację.
Artur Cąkała: Często ludzie negocjują cenę, zamiast negocjować warunki przyszłej współpracy z partnerem. Najważniejsze jest zagwarantowanie funduszowi inwestycyjnemu rzetelnych i terminowych informacji oraz takiego podziału władzy, który umożliwiałby temu funduszowi sprzedaż danej inwestycji po czterech czy pięciu latach. Spółka powinna nas przede wszystkim przekonać, że to, co robią ma sens. My kupujemy i sprzedajemy. I ktoś, kto do nas przychodzi musi mieć świadomość, że za kilka lat sprzedamy spółkę inwestorowi branżowemu lub będziemy szukać wyjścia poprzez giełdę. Obecnie wracają do nas projekty sprzed trzech lat. Trzy lata temu prowadziliśmy z daną spółką rozmowy na temat jej ekspansji, a dziś rozmawiamy o restrukturyzacji zadłużenia. Stawiamy jej więc warunki, których trzy lata temu z pewnością by nie zaakceptowała.
Małgorzata Kotańska: Obserwując sytuację na rynku sądzę, że rządowy projekt utworzenia systemu funduszy poręczeniowych i pożyczkowych może stanowić swoisty impuls do uruchomienia kredytów dla małych i średnich firm.
Adam Guz: Nie wierzę w powodzenie tego projektu. Warto przypomnieć, że w ciągu ostatnich lat żadna z inicjatyw rządowych nie wsparła sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Przedsiębiorcy są zdani na siebie, muszą ciężko pracować i nie oglądać się na nowe pomysły polityków.
Richard Mbewe: Jestem tego samego zdania. Problemy tej nowej instytucji będą też wynikały z niechęci Polaków do tego, co państwowe.
Piotr Bardadin: Tego typu systemy są zazwyczaj korupcjogenne i niewiele osób z nich korzysta. W tym przypadku zapewne będzie tak samo. Budując takie programy kreuje się pewien typ postępowania przedsiębiorców. Liczą oni bowiem na to, że ktoś im coś umorzy, że znów będzie można coś załatwić. Z taką świadomością nie sposób budować zdrowej gospodarki.
Włodzimierz Grudziński: Jestem nieco większym optymistą. Jeżeli ten projekt doczeka się realizacji, to może przynieść firmom wiele dobrego. I niekoniecznie musi być korupcjogenny. Rozumiem też, że to nie będzie nowa instytucja. Szczęśliwie zrezygnowano z jej budowania, gdyż pewnie przejadłaby wszystkie skierowane do niej pieniądze jeszcze przez rozpoczęciem działalności. Ten system będzie zarządzany przez BGK, a jego funkcjonowanie oparte będzie o regionalne fundusze poręczeń. Nasuwa się natomiast pytanie - kto do tego dołoży w przypadku nietrafnych decyzji poręczeniowych.
Ilona Wołyniec: Jeśli ten system miałby wspierać sektor małych i średnich firm, to musiałby stosować bardziej liberalne kryteria zabezpieczania poręczeń, bowiem w wypadku firm korzystających z tego zabezpieczenia występuje bardzo często brak aktywów pozwalających na ustanowienie zabezpieczeń rzeczowych.
Włodzimierz Grudziński: Na pewno nie będzie to panaceum na wszystkie bolączki związane z dostępnością kredytów. Zakładam jednak, że będzie to krok, który umożliwi zbudować sprawny system. W wielu krajach Europy Zachodniej tego typu systemy działają bez zarzutu. Należy mieć na uwadze to, że banki muszą działać w oparciu o statystykę. I zdarza się, że przez sito bankowe nie zawsze przechodzą najlepsze projekty. O wszystkim decydują ludzie. Zdarza się, że banki zbyt późno reagują na sytuację rynkową. Na przykład są pewne sygnały, że widać oznaki kryzysu na rynku nieruchomości. A mimo to banki udzielają kredytów na ten cel. Dlatego, że w trakcie kilku wcześniejszych lat wszystko było w porządku. Branża rosła, a spłaty były w terminie. Przystosować się do nowych warunków łatwiej jest bankom niszowym niż na przykład PKO BP. Naszemu bankowi wystarczą trzy weekendy, żeby przeszkolić wszystkich pracowników i zapoznać ich z nowymi zasadami.
Artur Cąkała: Wycena przedsiębiorstw w Polsce często nie jest adekwatna do ryzyka, w którym one działają. Jeżeli w Polsce spółka osiąga zysk netto, to osoby nim zarządzające uważają, że jest warta przynajmniej 30 procent więcej niż firmy z Europy Zachodniej o zbliżonym profilu, na przykład ze względu na rosnący rynek. To niestety nie jest prawda. Ryzyko inwestowania w Polsce jest dużo wyższe niż ryzyko inwestowania w spółki działające w Europie Zachodniej.
Inwestorzy omijają Polskę
Piotr Bardadin: Nie do końca jest prawdą, że fundusze venture capital zaostrzyły swą politykę. Ona jest taka sama, jak przed laty. To, że fundusze realizują obecnie mniej projektów, wynika po prostu z ogólnej s tuacji makroekonomicznej. Usztywnienie banków też ma wpływ na działalność funduszy, bo zazwyczaj nie są one w stanie sfinansować w pojedynkę danego projektu. Wiele funduszy bazuje na środkach zewnętrznych, a inwestorzy mają wpływ na decyzje podejmowane w Polsce. Niestety, w ostatnim czasie region Europy Środkowo-Wschodniej nie jest dobrze oceniany. Za granicą zadają sobie pytanie, czy warto u nas lokować kapitał, jeżeli wprowadzane są decyzje - choćby ta o oddłużeniu państwowych molochów - nie mające nic wspólnego z regułami gospodarki rynkowej.
Artur Cąkała: Atrakcyjność gospodarcza regionu ma kolosalne znaczenie dla naszej działalności. I zgadzam się z moim przedmówcą, że polityka realizowana przez nasz rząd nie zachęca zachodnich firm do inwestowania w Polsce. Działalność funduszu private equity można ocenić dopiero po około dziesięciu latach. Wcześniej są bowiem trudne do zweryfikowania wyceny niepublicznych spółek znajdujących się w portfelu funduszy. Obecne prawodawstwo praktycznie uniemożliwia inwestowanie funduszy emerytalnych w fundusze typu private equity. Może to doprowadzić do sytuacji, kiedy otwarte fundusze emerytalne zaczną inwestować w rodzaj ryzyka, którym zajmują się fundusze private equity. A jest to sytuacja wysoce ryzykowna. Aby nauczyć się działalności na tym rynku potrzeba wielu lat doświadczeń, a profesjonalistów zajmujących się taką działalnością w Polsce jest bardzo niewielu.
Włodzimierz Grudziński: Trzeba się dziś ciężko napracować, aby zdobyć kapitał. Weźmy na przykład przedakcesyjne środki z Unii Europejskiej. Jak sięgniemy po 20, 30 procent z nich, to już będzie bardzo dobrze.
Artur Cąkała: Fakt, żeby zdobyć finansowanie, trzeba się nieźle naharować. My nie żądamy zabezpieczeń. Podejmujemy takie samo ryzyko jak przedsiębiorca. Ktoś, kto do nas przychodzi musi nam przedstawić biznesplan i przekonać nas, że jego projekt jest dobry. Ta osoba powinna umieć się sprzedać.
Bohdan Wyżnikiewicz: Przedsiębiorcy muszą się nauczyć pozyskiwać kapitał. Potrzebna jest duża praca edukacyjna. Póki co nie jest z tym zbyt dobrze.
Piotr Bardadin: Trzeba też wziąć pod uwagę to, że od niedawna mamy w Polsce gospodarkę rynkową. I wielu polskich przedsiębiorców ma za sobą jedno zrealizowane przedsięwzięcie. A na przykład w Stanach Zjednoczonych przeciętny biznesmen był zaangażowany w tworzenie i prowadzenie kilku firm. I siłą rzeczy jego doświadczenie jest dużo większe.
Nowy Przemysł